Prawdziwy rynek pracy w Internecie

 

Wśród wielu możliwości są w zasadzie tylko dwa, w miarę skuteczne sposoby na zmierzenie się z tym problemem:

  1. Wynająć zawodowego analityka (czyli headhuntera), który stosując sprawdzoną metodykę, przeczesując rynek i podejmując szeregi innych działań – od badania podanych faktów począwszy, a na cyklu rozmów i analizie psychologicznej skończywszy – przedstawi nam właściwego kandydata i jeszcze da gwarancję, że się sprawdzi (jeśli nie to następna rekrutacja za darmo).
  2. Dotrzeć do opinii ludzi, którzy znają osobiście kandydata na pracownika i/lub kosztowali owoców pracy, którą dla nich wykonał. Czyli, szukając tych z najlepszymi i wiarygodnymi referencjami.

Pierwsze rozwiązanie jest jednak zazwyczaj bardzo kosztowne i długotrwałe, dlatego powszechnie stosowane tylko wśród wielkich korporacji, bogatych pracodawców lub gdy od właściwej obsady wakującego stanowiska zależy pozycja pracodawcy na rynku albo wielkie pieniądze.

Jeśli chodzi o rozwiązanie drugie to.. Bąbka!

Statyczne ogłoszenia ludzi szukających pracy zazwyczaj nic nie mówią o referencjach, nikt ich autorów nie rekomenduje, nie komentuje i nie ocenia. Podobnie z nadsyłanymi na ogłoszenia aplikacjami. Są wiarygodne tylko w niewielkim stopniu. Byli pracodawcy są zazwyczaj wymieniani ogólnie (nazwa firmy) bez kontaktów e-mailowych lub telefonicznych do byłych szefów. Zresztą, gdyby nawet były, jaki interes, system lub zależność wpływałyby na ich chęć rozmowy o delikwencie i udzielenie (często konkurencji) szczerej informacji. Oczywiście, do samych CV nigdy przenigdy nie są podpinane referencje, opinie i inne dokumenty stanowiące dowód faktycznej aktywności zawodowej aplikującego.

Konsekwencją takiego stanu jest, że bardzo często Ci najlepsi, najbardziej wiarygodni, rzetelni, pracowici i obowiązkowi przepadają w morzu tych najgłośniejszych, najgładszych (ach ta dobra fotka), obytych, cwanych tupeciarzy z dobrze opanowaną sztuką lansu i umiejętnością upadania na cztery łapy.